| | Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, promocjach zostaw nam swój adres email. |
|
Moja historia Łańcuch dobrociBarbara Targan
Tego upalnego dnia, szukając zagubionego psa, tak wiele zrozumiałam
Pies znikł jak kamfora. Przed kilkoma sekundami był obok mnie. Przecież nigdy się nie oddalał ani ode mnie, ani
od męża, ani od naszego malucha, którego uważał za przedłużenie domu. I nagle znikł! I to na zupełnie obcym - sobie i mnie - terenie.
Rozejrzałam się. Spokojna willowa dzielnica Kołobrzegu. Cisza,
tylko z oddali słychać gwar tłumu, który wysypał się przed chwilą
z autobusu, a teraz obładowany
siatkami, parasolami i piłkami
zmierzał ku pobliskiej plaży.
Może z tymi ludźmi jest Maks? Nie, on nigdy by za nikim obcym nie pobiegł! Wykluczone! Przyjechaliśmy tu
z mężem tylko na jeden dzień. Tomasz prowadził szkolenie, a ja
i Maks pojechaliśmy dla towarzystwa. Siedziałam z psem w aucie, zapiszczał, by go wypuścić.
Ale nie po to, by uciec!
Czy ktoś mógłby go ukraść? - myślałam. Ale po co komu mieszaniec kilku co najmniej ras, do tego - jak twierdzili niektórzy nasi złośliwi znajomi - niewątpliwie skoligacony z nietoperzem, na co wskazywały jego nieproporcjonalnie wielkie uszy.
Chodząc tam i z powrotem, gwiżdżąc i wołając Maksa, wmawiałam sobie, że skusiły go nieznane zapachy, co może się zdarzyć najgrzeczniejszemu psu.
Po chwili mój spacerowy krok przeszedł w marsz, potem w trucht, wreszcie w nerwowy bieg po małych uliczkach. Zaglądałam na schludne podwórka, stając na palcach, zapuszczałam żurawia za idealnie równe
żywopłoty. Patrzyłam nawet w górę na gałęzie drzew, jakby tam mógł
siedzieć nasz drogi Maksio,
Zaczęło mnie dręczyć sumienie: Czemu go wypuściłam z auta, czemu nie spojrzałam, w którą stronę
pobiegł? Było wtedy dużo ludzi,
bo autobus właśnie przyjechał...
Miałam wrażenie, że może to jest trop. AUTOBUS! Czy Maks wsiadł do niego? Mogło tak się stać, jeśli chciał odszukać pana i skojarzył, że w chwili, kiedy Tomasz się z nami żegnał, akurat też nadjechał autobus, z którego wysiadł tłum ludzi.
Tylko, czy to możliwe, żeby pies skojarzył fakt zniknięcia pana
z przyjazdem autobusu i wykombinował sobie, że skoro jego pan odjechał autobusem, to gdy on, pies, zrobi
to samo, trafi do pana?
Niemożliwe, ale gdy zjawił się mąż, ruszyliśmy śladem autobusu numer 10. Szukaliśmy kilka godzin, ale Maksa nie znaleźliśmy.
Wtedy przyszła mi do głowy
kolejna myśl: Jeśli jesteś w obcym mieście, masz jakiś problem, poproś
o radę taksówkarza. Na postoju
wybrałam najmilej wyglądającego kierowcę.
- Co by pan zrobił na moim miejscu? - spytałam go z najpiękniejszym uśmiechem, na jaki było mnie stać.
Pan w czarnej koszulce opinającej wydatny brzuszek wyjął długopis
i na pustej paczce po papierosach wypisał mi numer telefonu do lokalnego radia.
- Nadają na okrągło, wie pani,
muzyczka, wiadomości lokalne, reklamy, takie tam... Może akurat tego pani pieska ktoś widział? To się
zdarza - pocieszał mnie z życzliwym uśmiechem.
Popędziłam co tchu do najbliższej kawiarni. Udostępniono mi telefon. Podnosząc słuchawkę i wybierając numer, modliłam się: Boże, spraw, żeby jakiś dobry człowiek zaopiekował się Maksem, proszę. Spraw, żeby jakiś dobry człowiek...
Były to czasy trudne dziś do
wyobrażenia - obywaliśmy się bez telefonów komórkowych, internetu
i innych niezbędnych dziś do życia urządzeń. Trzeba było nie tylko
skorzystać z czyjejś uprzejmości lub ewentualnie z rzadka występującej
w dżungli miasta budki telefonicznej, ale także podać jakiś numer kontaktowy, pod którym czeka się na wiadomość.
1 | 2 |
następna strona
spis treści | |